Budownictwo, aranżacja wnętrz i nie tylko...



Jak budowa domu może zmienić życie?
Budowa, Czas wolny

Jak budowa domu może zmienić życie?

To że budowa domu zmienia w jakimś stopniu nasze życie, chyba jest dla większości oczywiste. Śmiem twierdzić, że budowa własnego domu zmienia to nasze życie dość znacząco. Zmiana miejsca zamieszkania, stres związany z budową, lżejszy portfel, bo dom to taka inwestycja niczym studia bez dna, dla wielu budowa domu jest równoznaczna z kredytem na wiele, wiele lat. Nie brzmi optymistycznie, prawda? W trakcie budowy nasuwają się pytania: Na co mi to było? Czy ten dom mi jest potrzebny? A jakby to wszystko rzucić? I wiele, wiele innych.

Żyjemy w czasach, kiedy wiedza jest na wyciągnięcie ręki. W Internecie pełno grup tematycznych poświęconych budowie domu. Na Instagramie powstaje coraz więcej tzw. Insta Dzienników Budowy, w których to inwestorzy dzielą się z innymi przebiegiem etapów budowy oraz swoimi przemyśleniami z tego czasu. Jednym z takich profili jest @na_ch*j_nam_byla_ta_budowa prowadzony przez Karolinę, którą ja osobiście nazywam matką chrzestną instabudów. Profil cieszy się ogromną popularnością (na czerwiec 2021 jest to blisko 50k obserwujących!), skupia osoby budujące lub planujące budowę domu. Dlatego to właśnie Karolinie zadałam pytanie: Jak budowa domu może zmienić życie? I wiele innych pytań. Zapraszam do lektury.

Rozmawiam z…

Budowa domu okiem inwestorki

KAROLINA

autorka kultowego już profilu na Instagramie @na_ch*j_nam_byla_ta_budowa, prywatnie doula, mama dwójki.

To co warto się budować?

Karolina: Cha, cha, trudne pytanie, jak na początek. Jeżeli na nie teraz odpowiem, to może nikt nie będzie czytać dalej. Może zostawmy to pytanie na koniec 😉

Dobrze, w takim razie zacznijmy od początku. Co skłoniło Ciebie i Twoją rodzinę do rozpoczęcia budowy domu?

K: To nie było tak, że szukaliśmy wyzwań, czy nam się nudziło. O nie! Po prostu nie mieliśmy gdzie mieszkać. Wynajmowaliśmy mieszkanie 40 m2 i gdy byliśmy w nim we dwójkę, to było nam naprawdę komfortowo. Ale z dziećmi już zrobiło się bardzo ciasno. Myśleliśmy o większym mieszkaniu, ale w naszej miejscowości przez kilka miesięcy nie było żadnej oferty sprzedaży. Po dwóch latach takiego wahania zdecydowaliśmy, że wybudujemy dom na działce moich rodziców.

To super, że mieliście taką możliwość. Wiele osób traci masę energii i czasu podczas poszukiwań odpowiedniej działki…

K: Tak, ale wybór działki, którą dostaliśmy od rodziców, wcale nie był taki oczywisty. Wybudowaliśmy dom w Beskidach, jednak nasza działka, jak na góry, jest dosyć równa i duża, bo ma aż 30 arów. Najpierw szukaliśmy działki w miejscowości, w której wtedy mieszkaliśmy. Uznaliśmy, że to będzie dobre miejsce do życia. Nieduże, przyjemne miasteczko, a sklepy, szkoły, zajęcia dodatkowe na wyciągnięcie ręki. Jednak działki, które oglądaliśmy były tak daleko od centrum, że wcale by nam to nie ułatwiło życia. Uznaliśmy, że działka od rodziców, mimo jej odległości od miasta, jest lepszym rozwiązaniem. Mieliśmy asfaltową drogę prawie pod same drzwi domu, wiedzieliśmy, że nie będzie problemu z mediami, ale też myśleliśmy o tym, że jest tu całkiem sprawna komunikacja autobusowa i dzięki temu dzieci nie będą miały problemu z dojazdem do szkół.

Jaki dom budowaliście?

K: Mieliśmy projekt indywidualny, ale wzorowany na Praktycznym 4. To dom z poddaszem użytkowym i garażem dwustanowiskowym.

Projekt indywidualny to nadal mało popularne rozwiązanie. Co sprawiło, że poszliście w tym kierunku?

K: Początkowo nazamawiałam sporo katalogów z projektami domów z różnych biur, ale przeglądając je nie byliśmy w stanie zdecydować, który projekt wybrać. W dodatku w tych projektach zazwyczaj była bardzo mała kotłownia, a nam zależało na większej. Zdecydowaliśmy się na projekt indywidualny, dlatego że chcieliśmy mieć pewne rzeczy w domu, a nie znaleźliśmy takiego projektu, który by nam idealnie pasował. Poszliśmy do projektanta i pokazaliśmy mu dwa projekty, gdzie w jednym podobał nam się dom z zewnątrz, a w drugim był fajny układ. Bardzo dobrze zrozumieliśmy się z projektantem i on to zrobił tak jak nam się to podobało.

Jak wspominasz współpracę z projektantem?

K: Dobrze. Mieliśmy sprecyzowane wymagania, co myślę, że ułatwiło nam współpracę. Dobrze też wspominam moment, gdy projektant przyjechał na naszą działkę i długo tu rozmawialiśmy. Zwrócił uwagę na pewne istotne rzeczy, miał sporo sugestii.

Tak, wizja lokalna przed rozpoczęciem projektowania jest bardzo istotna. A czym się kierowaliście wybierając kierownika budowy i jak Wam się układała ta współpraca?

K: Ktoś nam polecił tego pana i od razu nam przypadł do gustu. Poważny, kompetentny starszy pan. Przyjeżdżał do nas kiedy było trzeba, ale nie za często. Potem też nam pomógł przy załatwieniu wszelkich formalności związanych z tzw. odbiorem budynku. Tę współpracę oceniamy bardzo dobrze.

Dom w trakcie budowy
Budowa domu na etapie SSO to dla wielu inwestorów etap dużej ekscytacji, ponieważ szybko widać postępy budowy. Zdj. Powyżej oraz tytułowe – archiwum prywatne Karoliny.

A teraz pytanie z zupełnie innej beczki… Czy prowadzenie budowy mogłabyś polecić kobiecie – mam tu na myśli kobietę na stanowisku kierownika budowy? Pytam, bo dla wielu inwestorów, kobieta pracująca w budowlance to wciąż nowość, budownictwo kojarzą z „męskim fachem”, przez co panowie kojarzą im się jako bardziej kompetentni…

K: Słyszałam, że tak bywa, ale ja bym nie miała żadnego problemu z zatrudnieniem kobiety jako kierownika budowy. Po prostu nie znaleźliśmy takiej. Kierownicy, których nam polecano to byli sami panowie. Jeśli chodzi o kobiety na budowie, to mam pewne przemyślenia z firmą, która budowała nam dom – jak ja przyjeżdżałam na budowę to majstrzy ze mną nie rozmawiali, „nie widzieli mnie”, natomiast kiedy przyjeżdżał mój mąż to majstrzy rozmawiali z nim konkretnie, odpowiadali, pytali o szczegóły, ustalali. Natomiast przy wykończeniówce było lepiej – mieliśmy pana płytkarza, który często pytał mnie jak układać płytki, czy dobrze robi, czy o to mi chodziło. Wtedy widziałam szacunek do inwestorki 🙂

Faktycznie z tą komunikacją ze strony fachowców wobec inwestorek bywa różnie, ale na szczęście słyszę, że jest coraz lepiej. A jak wyglądała budowa domu? Prowadziliście ją tzw. „metodą gospodarczą” czy wszystko zleciliście jednej firmie?

K: Do stanu surowego otwartego mieliśmy jedną firmę. To rozwiązanie nie było głupie. Potem już szukaliśmy konkretnych firm. Mam tu na myśli m.in.: okna, tynki, wylewki, hydraulika. Sporo rzeczy zrobiliśmy sami: całą elektrykę, ocieplenie budynku, ocieplenie poddasza wełną (za to mojemu mężowi należy się medal!), drenaż wokół domu, ułożenie styropianu pod wylewki, regipsy, no i cała wykończeniówka oprócz układania płytek w łazience i kuchni…

Sporo tego! Złapaliście bakcyla i czerpaliście przyjemność z wykonywania tych prac samodzielnie, czy po prostu zadecydowały tu kwestie finansowe?

K: Byliśmy daleko od satysfakcji w momencie, gdy układaliśmy styropian lub wełnę 😉 Natomiast kwestie finansowe to pierwszy argument na wszystko. Oprócz kwestii finansowych, mąż w pewnym momencie powiedział coś takiego: „chyba nikt tego lepiej nie zrobi niż ja sam”. To jest coś, do czego doszliśmy po jakimś czasie, ponieważ mąż po wielu fachowcach poprawiał, pomimo że on nie jest specjalistą w tym temacie.

Skąd wiedzieliście jak wykonać poszczególne prace budowlane? Rady znajomych, filmiki z YouTube’a, czy jeszcze coś innego?

K: Oglądaliśmy filmiki na YouTube, zadawaliśmy pytania na grupach fejsbukowych. Poza tym mąż pracuje w branży budowlanej, więc była możliwość podpytać innych fachowców jak co się robi.

A jak układała się współpraca z fachowcami?

K: Nie było łatwo. Budowaliśmy pierwszy i ostatni dom w naszym życiu. Będziemy go spłacać 30 lat, więc oczywiście bardzo nam zależało, żeby wszystko było zrobione dobrze, a mężowi – żeby było idealnie 😉 Fachowcy mieli jednak trochę inne podejście. Mąż sam poprawiał sporo rzeczy po firmie, która budowała nam dom i po hydraulikach.

„To się zateguje” jak reagujesz, gdy dziś słyszysz ten tekst?

K: Śmieszny jest. Fajny do memów. Ale na szczęście nie usłyszeliśmy go na naszej budowie. Bo byłyby nerwy.

A kiedy były nerwy?

K: Nerwy wynikały najczęściej z tego, że za coś zapłaciliśmy, a to było źle zrobione. To jest rzecz, która nas strasznie bolała. Było zrobione po łebkach, niedokładnie i trzeba było poprawić. Mieliśmy taką sytuację z hydraulikami – podpisaliśmy z nimi dużą umowę: na ogrzewanie i całą hydraulikę w domu. Hydraulicy przyjechali na samym początku, układali rury w ziemi – bardzo fajni hydraulicy, byliśmy zadowoleni – po czym w kolejnym roku, gdy był kolejny etap – hydraulicy porobili dużo rzeczy źle. Właściciel firmy nam wyjaśnił, że w międzyczasie przez te kilka miesięcy, jego fachowcy wyjechali za granicę i poprzyjmował ludzi, którzy chcieli pracować, ale się nie znali na robocie. To taki przykład, kiedy było dość nerwowo.

Kiedy i czy w ogóle pojawiły się momenty zawahania, chęci rzucenia tego wszystkiego?

K: My jesteśmy takimi ludźmi, że skoro się za coś zabraliśmy, to wiedzieliśmy, że musimy to dociągnąć do końca. Odgrażaliśmy się, że to sprzedamy, ale każde z nas wiedziało, że nikt nie mówi tego na poważnie. Ale chwili zwątpienia było kilka. Raz, gdy sobie uświadomiliśmy, że mamy za mało pieniędzy. A potem, gdy sobie pomyśleliśmy, że przed nami tam strasznie dużo pracy, bo naprawdę mąż wraz ze swoim ojcem zrobili bardzo dużo sami na tej budowie. Tak bardzo chcieliśmy już być u siebie, a wiedzieliśmy, że ta droga jest bardzo długa. Te nasze kryzysowe momenty nie wynikały tak bardzo z samych problemów budowlanych. Raczej z tego, że w czasie budowy mieliśmy dwójkę małych dzieci i przez to byliśmy wyczerpani obowiązkami.

A co najlepiej wspominasz?

K: Początek budowy. Papierologia poszła nam sprawnie i wcale nas ten etap nie zmęczył, ani nie zniechęcił. I potem do etapu SSO było bardzo ekscytująco! Bardzo! Patrzenie, jak mury rosną, jak powstaje dach… Czad. Ta ekscytacja wróciła chyba dopiero na etapie wykończeniówki.

wychodek na budowie
Nie mogło tutaj zabraknąć zdjęcia z kultowym już wychodkiem 🙂 Zdj. Archiwum prywatne Karoliny.

Teraz jesteście na etapie urządzania wnętrza – czy teraz jest łatwiej niż przez całą budowę? Czy są jakieś rzeczy, które Cię mocno zaskoczyły na tym etapie?

K: Jest nam łatwiej. Ale wiesz czemu? Bo prawie całą wykończeniówkę robimy sami. A większość nerwów podczas budowy jednak wynikało ze współprac z fachowcami. A z mężem się jakoś prościej współpracuje. Oczywiście, nie że łatwo, ale na pewno łatwiej niż z obcymi ludźmi 😉 Mamy świadomość, że ten etap urządzania to się szybko nie skończy, może nawet nigdy. Ale fajny jest ten poziom luzu, na który weszliśmy po przeprowadzce.

Jakbyś podsumowała ostatnie lata: od rozpoczęcia do zakończenia budowy? Mam tu na myśli uczucia Wam towarzyszące.

K: Już kiedyś o tym pisałam, więc to powtórzę. Sinusoida uczuć jest ogromna! Podzieliłam budowę na takie etapy:

  • SSZ – niesamowita ekscytacja, gdy patrzy się na powstający dom
  • etap instalacji, tynków, wylewek, ocieplania – poziom ekscytacji gwałtownie spada, odwrotnie proporcjonalnie do wydawanych pieniędzy, a efekty to tak średnio cieszą
  • wykończeniówka – znowu wielka ekscytacja, tylko już z mniejszą ilością pieniędzy 😉

Masz jakieś złote rady dla osób rozpoczynających budowę?

K: Mądry projekt, funkcjonalny, wystarczająco duży. Nie za duży. Poleciłabym dobre przekalkulowanie kosztów odpowiednio wcześniej. Jeżeli ktoś mi mówi, że wziął np. 400 tys. kredytu i ma nadzieję, że to mu wystarczy, to zadaję mu pytania dodatkowe.: Ile będzie kosztował materiał na SSO?A nie wiem; Ile okna?A to chyba jeszcze za wcześnie, żeby to sprawdzać; Jakie będziecie robić tynki, wylewki? A jeszcze nie podjąłem decyzji. Kurcze, no to niestety nie masz bladego pojęcia, ile Cię może kosztować ten dom! Może 400, może 600, a może milion. I wtedy często obrażają się na mnie. Ale tu nie ma się o co obrażać. Budowa domu to wielka inwestycja i trzeba się do niej przygotować. To nie jest proste, zwłaszcza teraz, gdy nagle niektóre materiały budowlane podrożały o 100%. I ja się nie wymądrzam, tylko dzielę się naszym doświadczeniem i wiedzą, którą nabyliśmy na własnych błędach.

Swoim doświadczeniem i wiedzą dzielisz się z innymi w mediach społecznościowych. Twój profil na Instagramie cieszy się ogromną popularnością. Co cię skłoniło do tego, by w sieci opowiadać innym, jak wygląda budowa domu? 

K: To była spontaniczna decyzja, chyba powstała w jakimiś momencie kryzysowym. Chciałam się jakoś rozerwać, założyłam profil, który wtedy miał zupełnie inną nazwę i wrzuciłam pierwsze zdjęcie. Przy którymś z pierwszych postów nieśmiało powstał hasztag #nachujnambyłatabudowa i się spodobał. I wtedy już bardzo odważnie postanowiłam zmienić nazwę (na dwa tygodnie :-)). Spodziewałam się krytyki, a zdziwiłam się, bo ta nazwa naprawdę się super przyjęła. Ile miałam wtedy wiadomości, że ludzie utożsamiają się z tym hasłem. W ogóle na początku to chciałam tak trochę podkoloryzować to, co się dzieje na tej naszej budowie. Tak trochę samą siebie oszukać, że jest fajnie. Ale szybko zrozumiałam, że to nie jest ok. I zaczęłam szczerze opisywać nasze historie budowlane. Potem zaczęły postawać wierszyki, quiz, bardzo się w to wkręciłam. Ale na pewno nie wkręciłabym się, gdyby nie to że wyczułam dużą sympatię osób, które mnie obserwują. To jest bardzo fajne.

Czy często piszą do Ciebie inni inwestorzy? Pojawiają się wiadomości w stylu: „Karola, zaradź coś bo dłużej nie wytrzymam i to wszystko rzucę…” ?

K: Tak, nawet dzisiaj! „Piszę do Ciebie, bo Ty mnie zrozumiesz…” Staram się wtedy pocieszyć, wytłumaczyć, że to taki etap, że to się wiąże z silnymi emocjami. Dostaję takie wiadomości, często ktoś mnie oznacza w postach, bo jednak nazwa mojego profilu mocno sugeruje uczucia. Chyba nie ma nic bardziej pocieszającego, gdy widzimy że ktoś ma podobnie. Gdy ja się budowałam, to byliśmy z tym początkowo sami, w sensie nikt z naszych znajomych się nie budował. Jak się patrzy po innych ludziach to widzimy: budują dom, szybko się wprowadzają, jakoś nie widać po innych tych problemów. Instagram pokazał mi ludzi, którzy mają podobne problemy.

Co Ci daje prowadzenie profilu na Instagramie? 

K: Daje mi dużą satysfakcję. I w sumie tyle. Nie zarabiam na tym. I chyba jeszcze w pewnym stopniu zaczęłam się znowu cieszyć tą budową. A to pewnie zasługa ludzi, których tu spotkałam. Bo poznałam tutaj mnóstwo fantastycznych osób!  To jest niesamowite, że obcy ludzie tak nas wspierają!

Twoja budowa domu dobiega końca. Co dalej z profilem? Pewnie sporo osób zadaje sobie to pytanie.

K: Mam pomysły na dalsze prowadzenie profilu. Na pewno nie zrobię z niego profilu parentingowego czy kulinarnego. Dalej będę się poruszać w tematyce okołobudowlanej. Chciałabym też wspólnie z różnym fachowcami wspierać naszych obserwatorów, którzy dopiero zaczynają swoje budowy i szukają w Internecie odpowiedzi na pytania. A nazwy na pewno nie zmienię. Zostawię, tak dla ostrzeżenia 😉

Nie ma jak w domu
Wypić kawę na kanapie we własnym domu – marzenie wielu inwestorów. Zdj. Archiwum prywatne Karoliny.

Jak budowa zmieniła życie Twoje i Twojej rodziny?

K: Bardzo zmieniła! Zmieniła nasze podejście do wielu spraw, nasze relacje. Nasze życie przed budową to było jeszcze życie z jednym dzieckiem, a podczas budowy urodził nam się synek. A gdy zaczęła się budowa, zaczęły się problemy na budowie, zaczęły się obowiązki związane z dwójką dzieci, podczas gdy mąż był na budowie albo w pracy. Także ta budowa była dla nas dużym wyzwaniem. Przez pięć lat nie byliśmy na żadnym urlopie, bo każdy urlop spędzaliśmy na budowie. Budowa pokazała nam siebie w sytuacjach trudnych. Przez to bardziej się poznaliśmy i myślę, że teraz jesteśmy w jakiś sposób lepszym małżeństwem. Wydaje mi się, że nauczyliśmy się sztuki osiągania kompromisu. Nie zapominajmy też, że budowa zmieniła nam warunki życia. Gdy się tu przeprowadziliśmy, to faktycznie człowiek odczuł tą różnicę. Teraz dzieci mają dużo przestrzeni do życia, mają swój mały placyk zabaw za domem. Widzę też, że nasze życie towarzyskie odżyło.

Budowa domu po raz kolejny. Co Ty na to?

K: Nie żartuj! W życiu!

Wracając do pytania postawionego na początku – warto się budować?

K: Warto mieć dom. Ale trzeba podjąć przemyślaną decyzję, czy wybudować sobie samemu i wtedy będzie dokładnie taki, o jakim się marzy czy kupić gotowy bądź w stanie deweloperskim. Wtedy oszczędzi się sporo nerwów, ale to rozwiązanie też ma swoje minusy. W każdym razie posiadanie domu polecam bardzo!

Karolino serdecznie dziękuję za rozmowę. Życzę Wam, aby się dobrze mieszkało, a profil na Instagramie cieszył się coraz to większą popularnością.

K: Dziękuję bardzo!


Budowa własnego domu to niezwykle wymagająca i wyczerpująca fizycznie, ale również emocjonalnie inwestycja. Wiele błędów i przykrych niespodzianek możemy uniknąć, dzięki wiedzy i doświadczeniu innych. Dlatego jeśli mamy wokół siebie osoby, które mają taką inwestycję już za sobą, to czerpmy garściami z ich doświadczeń, zadawajmy im pytania. Jednak jednocześnie pamiętajmy, że to co sprawdziło się np. u sąsiada niekoniecznie musi sprawdzić się u nas i odwrotnie – rozwiązanie, z którego my jesteśmy zadowoleni, niekoniecznie musi być tym, czego potrzebuje inny inwestor.

Wszystkich zainteresowanych tematem: Jak wygląda budowa domu z perspektywy inwestora odsyłam do tekstu na blogu: Baba na budowie: Inwestorki.

A na zakończenie chciałam się zapytać, kto z Was jest przed budową domu, kto jest w trakcie, a kto ma taką inwestycję już za sobą? Co Wy powiedzielibyście innym budującym dom?

Jestem ogromnie ciekawa Waszych komentarzy!

Ewa – Baba z budowy



    SHARE

Jedna odpowiedź do “Jak budowa domu może zmienić życie?”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *