Budownictwo, aranżacja wnętrz i nie tylko...



Pani  inżynier czy inżynierka? Feminatywy w branży budowlanej
Kobieta

Pani inżynier czy inżynierka? Feminatywy w branży budowlanej

Gdy rzucam hasło „feminatywy” często słyszę w odpowiedzi: Nie masz poważniejszych tematów? I nie chodzi tu o to, że chcę ten temat ponownie „wałkować”, rozkładać na czynniki pierwsze. Znam historię feminatywów, argumenty zwolenników i przeciwników ich stosowania. Domyślam się, jakie zmiany powinny zajść, aby zaczęto je stosować w mowie codziennej. Wiem też, że wiele osób nigdy nie poświęciło im dłuższej uwagi, jednocześnie powtarzając te same, zasłyszane u innych, argumenty na NIE. Nadal spotykam osoby, dla których sformułowanie „feminatyw” jest czymś nowym, nieznanym. Dlatego śpieszę w wyjaśnieniem – feminatywy to tzw. nazwy żeńskie, czyli rzeczowniki rodzaju żeńskiego stworzone od rzeczowników rodzaju męskiego, np. malarz – malarka, prezes – prezeska.

Pewnie zastanawiasz się, dlaczego tu o tym piszę. Już wyjaśniam. Temat ten jest omawiany w kontekście branży budowlanej, ale można go odnieść też do innych dziedzin. Musicie też wiedzieć, że feminatywy to jeden z najbardziej budzących emocje i najczęściej komentowanych tematów na profilach, które prowadzę w social mediach. A omawiam bardzo dużo różnych problemów branży budowlanej!

Jakiś czas temu na Instagramie zapytałam osoby obserwujące mój profil @baba_z_budowy, o to: Jak wolicie, by Was nazywano – pani inżynier czy inżynierka? Na 262 uzyskane odpowiedzi, około 90% odpowiedziało, że woli formę „pani inżynier”, zaś „inżynierkę” wybrało tylko 10% odpowiadających. Jak widać stosowanie feminatywów w branży budowlanej jest rzadkością. Ja sama od blisko dwóch lat staram się je popularyzować, chociaż jeszcze kilka lat temu miałam na ich temat odmienne zdanie. O tym co przekonało mnie do stosowania feminatywów pisałam już wcześniej na blogu we wpisie „Herstoria warta poznania – o książce, którą zawsze chciałam przeczytać”.

Chciałabym ostatecznie rozwiać wątpliwości dotyczące stosowania takich form jak: inżynierka, architektka, inspektorka itd. Aby sprostać temu zadaniu zaprosiłam do rozmowy specjalistkę w temacie – językoznawczynie mgr Martynę F. Zachorską. Zapraszam do lektury!

Rozmawiam z…

Martyna Zachorska wywiad feminatywy

Martyna Faustyna Zachorska – filolożka, doktorantka w Szkole Nauk o Języku i Literaturze Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. W pracy badawczej zajmuje się socjolingwistyką, w szczególności powiązaniami języka z płcią. Jej rozprawa doktorska dotyczyć będzie młodzieżowego slangu w Polsce i Wielkiej Brytanii. Współautorka pierwszego korpusowego badania śledzącego użycie feminatywów na przestrzeni wieku. Tłumaczka pisemna i konferencyjna szkolona m.in. w Parlamencie Europejskim i Komisji Europejskiej. Pasjonatka literatury faktu, zapalona czytelniczka i popularyzatorka językoznawstwa. Twórczyni profilu na Instagramie @ksiezniczkazpierniczka, na którym dzieli się z innymi ciekawostkami z dziedziny językoznawstwa, a konkretnie socjolingwistyki, a konkretnie języka i płci.

Martyno, zacznijmy od tego jaka forma jest poprawna: pani inżynier czy inżynierka?

Martyna F. Zachorska: Obie formy są, według zaleceń Rady Języka Polskiego, poprawne. Nie ma dyskusji.

Wiele osób nie lubi formy inżynierka, bo kojarzy im się pogardliwie lub z pracą dyplomową. Jak możemy zmienić nasze skojarzenia?

M.F.Z.: Dotykamy tu kwestii homonimiczności języka. Wiele słów w języku polskim, chociażby „pilot” czy „zamek” ma więcej niż jedno znaczenie. Zazwyczaj nie krytykujemy tego, co więcej, zjawisko to daje naszej kreatywności pole do popisu, chociażby w żartach opartych na grze słów. Jednakże gdy w grę wchodzą feminatywy, jakby zapominamy o tych „codziennych” homonimach i bronimy form męskich zarzutami, jakoby te żeńskie będą mylić się nam z innymi desygnatami tych samych słów. Są to zarzuty bezpodstawne. Cytując prof. Łazińskiego z UW, język jest homonimiczny i nie może być to argumentem przeciw feminatywom. Jeśli chodzi o pogardliwe konotacje, spróbujmy się zastanowić, dlaczego tak się dzieje. Dlaczego żeńskie formy kojarzą nam się z czymś pogardliwym/ śmiesznym/ infantylnym/ mało prestiżowym? Dlaczego męskie formy nam „lepiej brzmią”, kojarzą się z prestiżem, wysoką pozycją? Jedyną drogą do zmiany tego stanu rzeczy jest osłuchanie się z danymi formami. Im więcej osób będzie ich używać, tym mniej dziwne będą nam się wydawać.

Kolejny argument, przytaczany przez sceptyków – na dyplomie mam tytuł inżynier a nie inżynierka. Czy „jedyną” prawidłową formą nazwy zawodu to ta na dyplomie? Czy jest szansa, że w przyszłości na dyplomach będziemy widzieć żeńską nazwę zawodu?

M.F.Z.: Jeśli zmieni się prawo (Art.77 ustawy Prawo o szkolnictwie), zmieni się nazewnictwo na dyplomach. Prawo nie jest wyznacznikiem tego, jak dana funkcja się nazywa. Być może w przyszłości będziemy na dyplomach widzieć również żeńskie formy, jednak jeszcze sporo wody upłynie zanim to się stanie.

Pamiętam, że przeglądając kiedyś forum o tematyce budowlanej, jedna z młodych przedstawicielek tej branży w swojej wypowiedzi użyła sformułowania „inżynierka”. Bardzo się zdziwiłam, widząc komentarze pod jej wypowiedzią. Zarzucono jej nowomowę i ośmieszanie kobiet z branży. Dlaczego to budzi tyle emocji?

M.F.Z.: Od początku: formy żeńskie nie są żadną nowomową. Myślę, że to jest najważniejsza rzecz, którą możecie wynieść z tego wywiadu. Początkowo, gdy kobiety wywalczyły sobie prawo do wyższej edukacji i wykonywania zawodów do tej pory zarezerwowanych dla mężczyzn, normą było używanie wobec nich form żeńskich. Autorytety skupione wokół „Poradnika Językowego” zalecały użycie feminatywów ze względów logicznych. Pozwolę sobie zacytować kilka fragmentów: „nawet, choćby się to nie podobało interesowanym. W miarę przypuszczania kobiet do studiów uniwersyteckich może będziemy musieli stworzyć jeszcze i magisterkę (farmacji), a może i adwokatkę , i nie cofniemy się przed tem, czego różnica płci wymaga od logiki językowej” (Poradnik Językowy 1911: 117–119) “(…) jest rzeczną naturalną, że w czasach, gdy kobiety otrzymują doktoraty, katedry itd., tworzą się odpowiednie tytuły, jak doktorka, docentka, profesorka, adwokatka” (Sieczkowski 1934: 4 ). Normatywiści uważali, że kwestia użycia feminatywów jest kwestią logiki, a nie ideologii.

To dlaczego sto lat później feminatywy nie są powszechnie u nas stosowane?

M.F.Z.: Sprawy miały się tak aż do lat pięćdziesiątych XX wieku. Wtedy to, a konkretnie w 1957 roku, władze komunistyczne poprosiły Polską Akademię Nauk o wydanie dokumentu, w którym ustosunkuje się ona do nazw żeńskich w kontekście równości płci, którą (skutecznie czy nie – to temat na inną dyskusję) ówczesne władze próbowały wdrożyć. Prof. Zenon Klemensiewicz wydał ową opinię, w której zalecił używanie form męskich, co argumentował… właśnie równością płci i postępem. Cytując go, „taki rozwój (maskulinizacja) może być poczytany za objaw postępu językowego” (Klemensiewicz 1957: 747), gdyż użycie feminatywów jest „tradycyjną, odwieczną tendencją” (1957:103). Podobną opinię prezentował Kazimierz Pawłowski, który pisał, iż zwolennik nazw żeńskich „mógłby się łatwo narazić na zarzut ciasnej pedanterii naukowej, zacofaństwa, kurczowego trzymania się tradycji językowej” (Pawłowski 1951: 49).

Okazało się, że ich zalecenia stały się uzusem – dopiero pod koniec lat dziewięćdziesiątych ruchy kobiece zaczęły odzyskiwać feminatywy dla języka. Jednak ich wysiłki nie były zauważalne – dyskusja o feminatywach rozgorzała na dobre dopiero wtedy, gdy najpierw Izabela Jaruga-Nowacka, a następnie Joanna Mucha zaczęły używać wobec siebie formy „ministra”. Według mnie, to właśnie fakt, że do powszechnej świadomości feminatywy zostały przywrócone przez polityczki, jest powodem wielu nieprzychylnych komentarzy i niechęci. Polityka nie łączy, lecz dzieli, a bez znajomości historii formy te jawiły się jako jakieś wytwory politycznego dyskursu. Należy więc przywrócić neutralność feminatywów, to przecież słowa jak każde inne, nie żadne markery przynależności politycznej.

A co jeśliby te ponad 50 lat temu poproszono inne autorytety o wydanie opinii? Albo gdyby feminatywy zostały przywrócone, nie przez polityczki, ale np. przedstawicielki świata nauki?

M.F.Z.: Pozwól, że najpierw ustosunkuję się do pierwszego zagadnienia. Powiem tak – czasu nie cofniemy i teraz możemy już tylko sobie gdybać. Być może rzeczywiście tak by się stało, warto pamiętać też o innych czynnikach. Przykładowo, używanie feminatywów było w tamtych czasach przez niektórych uznawane za wstecznictwo i zacofanie. Po wojnie chciano iść do przodu, z duchem czasu. Nowy ustrój, nowe rozdanie, to i nowe podejście do tej tradycji.

Co do drugiego pytania – jestem zdania, że gdyby to nie polityczki przywróciły do języka feminatywy, te słowa byłyby trochę mniej kontrowersyjne w społecznym odbiorze. Polityka to przecież taka sfera życia publicznego, która z natury rzeczy polaryzuje społeczeństwo. Do tego zazwyczaj nie traktujemy polityków poważnie, lubimy się z nich śmiać. Niezbyt dobre środowisko rozwoju poważnej zmiany językowej, no nie? Obawiam się jednak, że gdyby to kobiety świata nauki przywróciły feminatywy, zmiana ta nie zdobyłaby wystarczającego rozgłosu. Przyznajmy sobie to szczerze – mało kto dziś słucha tego, co naukowcy mają do powiedzenia. Gdyby natomiast zmiana językowa w dziedzinie feminatywów dokonała się za sprawą celebrytów, i to nie tych niszowych, „ambitnych”, tylko tych obecnych codziennie w naszych domach za sprawą mediów – wtedy rzeczywiście można przypuszczać, że spotkałaby się z mniejszym oporem niż walka o „ministrę” Muchy i Jarugi-Nowackiej. Chociaż z drugiej strony, taka sytuacja mogłaby pociągnąć za sobą opór drugiej strony – tzw. intelektualistów, którzy zazwyczaj odżegnują się od „celebryckiego światka”. Oczywiście byłaby też z całą pewnością grupa ludzi, którym i taka zmiana by się nie podobała. Pamiętajmy o tym, że wszystko, co dotyczy kobiet jest automatycznie kontrowersyjne, nawet regulacje prawne w takich wydawałoby się oczywistych obszarach jak przemoc domowa czy seksualna.

Czemu boimy się feminatywów?

M.F.Z.: Moim zdaniem właśnie z wyżej wymienionego powodu – feminatywy utraciły swoją pierwotną neutralność, więc wielu ludzi odbiera je jako swoisty marker lewicowości. Dodajmy, że wciąż pokutuje mnóstwo negatywnych stereotypów na temat feministek – że jesteśmy brzydkie, nie mamy poczucia humoru ani życia seksualnego. Toteż wiele osób odcina się również od feminatywów, aczkolwiek to jest związane z wcześniejszym argumentem.

Wiele pań zaznacza, że nie mają potrzeby podkreślania swojej kobiecości przez stosowanie żeńskiej formy zawodu. Spotkałam się z określeniem, że feminatywy to „kompleksy feministek”. Moim zdaniem idealnie by było, żeby nazwa zawodu nie sugerowała jakiejkolwiek płci. Czy powinna powstać jakaś trzecia forma zamiast inżyniera i inżynierki?

M.F.Z.: „Podkreślanie swojej kobiecości” to rzecz naturalna w języku, w którym jest rodzaj gramatyczny. A właściwie nie „podkreślanie”, tylko stwierdzanie statusu rzeczy. Wielu osobom wydaje się, że formy męskie są neutralne, tymczasem wcale tak nie jest. Jak sama nazwa wskazuje, są to formy męskie. I to, że uzus jest właśnie taki i że jest to dopuszczalne przez autorytety nie zmienia faktu, iż mówiąc „lekarz” czy „prawnik” mamy przed oczami mężczyznę. Polecam zapoznanie się z wynikami prowadzonego od lat osiemdziesiątych badania „draw a scientist”. Jest to badanie amerykańskie, ale do pewnego stopnia jest ono uniwersalne.

Co do form neutralnych – ekspertami na ten temat są osoby niebinarne i warto posłuchać, co mają do powiedzenia. Jeśli o mnie chodzi – potrzebne są trzy formy – męska, żeńska i niebinarna. Powinniśmy dążyć do symetrii w tym względzie. Bardzo podoba mi się przytoczony przeze mnie wcześniej argument o logice języka. Po kilku latach używania feminatywów nielogicznym wydaje mi się używanie form męskich wobec kobiet. Jak powiedziała kiedyś prof. Fuszara, „niektóre osoby ciągle zmieniają mi językowo płeć”. Ten brak logiki szczególnie uderzający jest w Ustawie o szkolnictwie wyższym, gdzie mowa jest o „nauczycielu akademickim w ciąży”.

Faktycznie, brzmi to wręcz kuriozalnie! A jak przekonać sceptyków do używania żeńskich końcówek? Czy może nie warto próbować?

M.F.Z.: Moim ulubionym argumentem jest właśnie ten o logice. Ważne jest również zapoznanie się z historią feminatywów, ich przeszłości jako pewnej tradycji językowej. Pomagają też eksperymenty myślowe: dlaczego ta sama końcówka w jednym słowie jest akceptowana, a inna nie? Dlaczego z matematyczką nie mamy większego problemu, a z informatyczką już tak? Czemu kobieta ucząca w podstawówce/ szkole średniej jest „nauczycielką”, a na uczelni wyższej zmienia się w „nauczyciela akademickiego”? Dlaczego końcówka -żka w słowie „Norweżka” nikomu nie przeszkadza, a w formie „psycholożka” już tak? Dlaczego homonimia pilot (zawód) i pilot (do telewizora) przechodzi niezauważona, a pilotka (zawód) i pilotka (czapka) wzbudza tyle kontrowersji? Przecież słowa „pilot” w znaczeniu ten do urządzeń używamy nieporównywalnie więcej razy niż „pilotka” w znaczeniu czapka! A słowo „adwokatka”? Oznacza ciastko… o którym większość osób słyszy po raz pierwszy przy omawianiu feminatywów. Chyba łatwiej w cukierni spotkać pączki z adwokatem niż adwokatkę-ciastko. Czy nie jest tak, że szukamy na siłę argumentów przeciwko żeńskim formom? Dlaczego to robimy? Dlaczego to, co kobiece jest gorsze, infantylne, mniej poważne, dziwne?

Ostatnio pod pewnym artykułem o dokonaniach pewnej embriolożki, dyskusja skupiła się na użyciu formy „embriolożka” zamiast na samym osiągnięciu. Dlaczego według niektórych feminatywy umniejszają nasze dokonania, odwracają uwagę?

M.F.Z.: To niestety bardzo częste zjawisko. Moim zdaniem wynika z tego, że przeciwnicy feminatywów są bardzo głośni w mediach społecznościowych. Omawiany przykład to ta sama sytuacja, co w przypadku np. ocen restauracji – negatywne doświadczenie ma znacznie większe szanse na zostanie opisanym niż pozytywne. Podobnie tu – osoby, które nie zauważyły/ pochwaliły użycie feminatywu po prostu się nie wypowiadają, bo i nie o tym mowa w artykule.

Ja ostatnio staram się popularyzować słowo InżynieRA. Czy taka forma jest poprawna? Czy jest szansa, by zadomowiła się w naszym języku?

M.F.Z.: Część autorytetów, np. prof. Katarzyna Kłosińska optuje za tym, aby używać raczej form „magisterka”, „inżynierka”, „ministerka”, ponieważ w języku polskim to „-ka” jest żeńskim sufiksem, nie „-a”. Jednakże to użytkownicy tworzą język i mają prawo używać takich form, jakich sobie życzą. Być może to „inżyniera” czy „ministra” staną się uzusem. Mnie samej one bardziej odpowiadają.

Sądzę, że to ma związek z tym, że końcówka „-ka” kojarzy nam się przede wszystkim ze zdrobnieniem: dziewczyna – dziewczynka. Choć z drugiej strony tenisista to mężczyzna a tenisistka to kobieta.

M.F.Z.: To prawda. Wielu osobom przeszkadza fakt, że końcówka „-ka” tworzy również formę zdrobniałą. Według mnie zastrzeżenie to związane jest podświadomie z tym, że to, co żeńskie jest infantylne, zdrobniałe właśnie. Z drugiej strony mamy zastrzeżenia co do form z „-a”. Spotkałam się z opinią, jakoby zwrot „pani dziekana” implikował słuchaczom znaczenie „kobieta (np. żona) dziekana – mężczyzny”. Jednak Dziekana mojego wydziału z powodzeniem używa tej formy, za co szczególnie ją podziwiam 🙂

Są takie kraje, gdzie feminatywy się świetnie zadomowiły, np. inspectora w Hiszpanii. W jakich innych językach feminatywy mają się dobrze? Co na to wpłynęło?

M.F.Z.: Hiszpański, czeski, słowacki, niemiecki, na pewno również wiele innych języków. Nie jestem w stanie określić, co było powodem powszechności feminatywów w każdym z tych języków. Mogę jedynie powiedzieć ogólnie, że jeśli w języku występuje rodzaj gramatyczny, to najprawdopodobniej feminatywy będą w nim występować. Polski jest wyjątkiem właśnie ze względu na zawirowania historyczne. Można by sądzić, że również przez zakorzeniony w naszej kulturze patriarchalizm, jednakże w krajach hiszpańskojęzycznych mizoginia również ma się dobrze (kultura macho!), a jednak feminatywy są tam na porządku dziennym (z lekcji hiszpańskiego pamiętam bardzo dobrze słowo „la mujer de negocios” – businesswoman).

Jako ciekawostkę dodam, że podobne kontrowersje do naszych feminatywy budzą we Francji – kilka lat temu przez ten kraj przetoczyła się szeroka dyskusja na ten temat. Mogę postawić hipotezę, że dzieje się tak dlatego, iż i w Polsce, i we Francji mamy sporą liczbę tzw. purystów językowych, a i „zwykli” obywatele żywią gorące uczucia do swojego języka. To wszystko przy jednoczesnej nieznajomości historii (nie wiem jak we Francji, i nie wiem też, czy we francuskim feminatywy są nowością) sprowadza się do sprzeciwu wobec wszystkiego, co ze zmianami w języku związane.

Jako amerykanistka nie mogę nie powiedzieć słowa o języku angielskim, w którym sytuacja jest dokładnie odwrotna niż w polskim. Angielski nie ma rodzaju gramatycznego, więc i nie ma feminatywów. Obecnie jest tam tendencja do tworzenia neutralnych płciowo form, np. chair/ chairperson zamiast chairman/ chairwoman czy police officer zamiast policeman/ policewoman . Co ciekawe, badania wykazują, że nawet te „neutralne” formy (czyli te bez „man”, te które nie przeszły zmiany, np. doctor ) są „upłciowione” – nazwy zawodów prestiżowych, wymagających specjalnego wykształcenia kojarzone są z mężczyznami.

Ile jeszcze minie czasu zanim feminatywy przyjmą się na stałe?

M.F.Z.: Jako językoznawczyni powstrzymuję się od takich rozważań. W języku nie ma nic „na stałe”, a i z tempem zmian łatwo się pomylić. Dziś feminatywy nie są szczególnie popularne, choć bardziej niż kilka lat temu. Kto wie, być może jutro jakaś celebrytka zacznie ich używać, a wraz z nią tysiące młodych ludzi? Młodzież i młodzi dorośli (w szczególności kobiety i mniejszości) są uznawani za motor napędowy zmian językowych. Trzeba więc mieć nadzieję właśnie w młodym pokoleniu – to oni zmieniają świat, to oni zmieniają język.

Na koniec proponuję zabawę 🙂 Znajdź feminatyw zawodów branży budowlanej: murarz, tynkarz, monter, glazurnik, rzeczoznawca. 

M.F.Z.: No dobra! Murarz – murarka, tynkarz – tynkarka, monter – monterka, glazurnik – glazurniczka, rzeczoznawca – rzeczoznawczyni. Większość z nich utworzymy sufiksem „-ka”, i choć rozumiem, że mogą wzbudzić śmiech przez swoją homonimiczność z nazwami profesji (murarka, stolarka), to utworzenie tych form nie jest trudne. Mnie ogółem wydaje się, że mamy większy problem z „prestiżowymi” zawodami: wszelkie specjalizacje medyczne, zawody prawnicze, funkcje administracyjne itd.

To też jest związane z tym, że panie częściej wybierają zawody, wymagające specjalistycznego wykształcenia niż zawody, wymagające siły fizycznej. Na polskich budowach kobieta pracująca na stanowisku pracownicy budowlanej to wręcz niespotykany widok.

M.F.Z.: Fakt, aczkolwiek nadal stoję na stanowisku, że żeńskie nazwy zawodów wymagających specjalistycznego wykształcenia bardziej kłują w oczy niektórych niż potencjalne (lub nie!) feminatywy od nazw zawodów rzemieślniczych. Ostatecznie np. „rolniczka” przyjęła się dość szeroko dzięki wytworom popkultury. Podobnie „truckerka”, ze „strażaczką” też chyba mniejszy problem niż np. z „adwokatką” czy „naukowczynią”… Myślę, że gdyby w zawodach wymagających siły fizycznej było więcej kobiet, feminatywy od ich profesji też by się przyjęły.

Martyno, bardzo dziękuję Ci za rozmowę i wyczerpujące temat odpowiedzi.

M.F.Z.: Również dziękuję.


Mam nadzieję, że powyższa rozmowa przybliżyła Ci tematykę feminatywów. To jakiej formy nazwy zawodu będziesz używać na co dzień zależy od Ciebie. Ja sama, choć jestem zwolenniczką feminatywów, to zwracam się do moich rozmówczyń używając formy przez nie preferowanej. I o to też do Ciebie apeluję – nie narzucaj komuś wybranej przez Ciebie formy – nie wyśmiewaj, nie podważaj. Każdy ma prawo do własnego zdania.

A Ty jaką formę wolisz?
Inżynierka czy pani inżynier? Architektka czy pani architekt? Inspektorka czy pani inspektor? Projektantka czy pani projektant?
Czy w języku codziennym stosujesz feminatywy?

Daj znać w komentarzu.

Serdeczności!
Baba z budowy



    SHARE

2 odpowiedzi na “Pani inżynier czy inżynierka? Feminatywy w branży budowlanej”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *