Dzisiaj chciałabym przedstawić Wam historię młodej inżynierki, której droga zawodowa w budownictwie może budzić u wielu podziw i uznanie. Magdalena Czarniak, bo o niej mowa, ma za sobą pracę na prestiżowych inwestycjach: wcześniej w Wielkiej Brytanii, a obecnie w USA. Jestem pod wrażeniem odwagi i pasji do zawodu, która charakteryzuje Magdalenę. Jestem przekonana, że za kilka lat zaskoczy nas swoimi kolejnymi sukcesami zawodowymi, pokazując że warto marzyć i stawiać sobie ambitne cele.
Zapraszam do lektury!
Rozmawiam z …

Magdalena Czarniak — absolwentka Politechniki Gdańskiej, inżynierka budownictwa z doświadczeniem zdobytym na kontraktach w Polsce, Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. Pracowała m.in. przy projektach infrastrukturalnych w Londynie oraz obecnie przy budowie autostrady w Teksasie. Miłośniczka podróży, która łączy pasję do odkrywania świata z pracą na budowie.
Magdaleno, jak to się stało, że inżynierka z Polski, która ukończyła studia na kierunku budownictwo w Gdańsku, dziś pracuje na budowie w USA?
Magdalena Czarniak: Wyjazd do pracy za granicę zawsze był w sferze moich marzeń. Od dawna chciałam połączyć zamiłowanie do podróży z pracą zawodową. Na etapie studiów nie wiedziałam jeszcze, jak to osiągnąć ani od czego zacząć. Pamiętam, że rozważałam udział w wymianie zagranicznej w ramach programu Erasmus, ale ostatecznie się nie zdecydowałam. Bałam się, że budownictwo to tak wymagający kierunek, że mogę sobie nie poradzić. Wtedy jeszcze nie rozumiałam, że studiowanie to coś więcej niż nauka — to czas na poznawanie ludzi, rozwijanie kompetencji miękkich, takich jak komunikacja, oraz poszerzanie horyzontów. Gdybym mogła cofnąć czas, na pewno podjęłabym inną decyzję.
Na szczęście w życiu nigdy nie jest na nic za późno. Firma, w której zaczęłam pracować podczas studiów magisterskich, organizowała program Go Further dla młodych inżynierów. Dawał on możliwość wyjazdu na zagraniczne kontrakty. Program zakładał wybór pięciu inżynierów z pięciu różnych krajów (Polska, Hiszpania, Wielka Brytania, USA i Chile) oraz wyjazd do jednego z tych państw, by nauczyć się pracy i zarządzania międzynarodowymi projektami, niezależnie od lokalizacji. Zostałam wybrana jako jedna z pięciu osób z Polski i wyjechałam na kontrakt do Londynu. To był dopiero początek mojej przygody. Po około trzech latach postanowiłam spełnić kolejne marzenie i wyjechałam na kontrakt do Stanów Zjednoczonych.
Jakie kompetencje ułatwiły Ci pracę w międzynarodowym środowisku poza granicami Polski?
M.C.: Uważam, że studia w Polsce bardzo dobrze przygotowały mnie merytorycznie do pracy w zawodzie. Na mojej specjalizacji drogowej miałam okazję nauczyć się operowania normami i katalogami, zarówno polskimi, jak i zagranicznymi — na przykład AASHTO, na którym obecnie bazuję. Bardzo przydały mi się również wykłady z projektowania i budowy lotnisk, które wykorzystałam, pracując na lotnisku Heathrow w Londynie. Myślę, że wypadamy bardzo dobrze na tle innych krajów, jeśli chodzi o wiedzę techniczną. Jeśli chodzi o kompetencje miękkie, które pomogły mi odnaleźć się w międzynarodowym środowisku, to na pewno otwartość, komunikatywność i ciekawość świata. Nie jest to łatwe, ale warto się przełamać — zabierać głos, nawet jeśli brakuje słownictwa, zadawać pytania, nawet jeśli boisz się, że się ośmieszysz. Każdy projekt jest inny. Często okazuje się, że nawet bardzo doświadczeni inżynierowie nie znają odpowiedzi na problemy, z którymi się spotykasz.
Czy na swojej zagranicznej drodze zawodowej spotykasz innych inżynierów z Polski? Czy utrzymujecie kontakt i wzajemnie się wspieracie?
M.C.: Tak, miałam to szczęście, że wraz ze mną wyjechała jeszcze jedna Polka w ramach tego samego programu. Mogłyśmy się wzajemnie wspierać. Mimo że nasze drogi się rozeszły i każda z nas pracuje obecnie na innym projekcie, w różnych częściach Stanów Zjednoczonych, to mogę śmiało powiedzieć, że zbudowałyśmy przyjaźń na całe życie. Kiedy zaczynałam pracę na obecnym projekcie w Teksasie, przez dłuższy czas byłam jedyną Polką na budowie. Na szczęście znalazłam tu polską społeczność, która bardzo ciepło mnie przyjęła. W listopadzie zeszłego roku powitaliśmy nową koleżankę z Polski, która rozpoczęła swoją zagraniczną przygodę w ramach kolejnej edycji programu Go Further.
Czy praca na budowie za granicą była Twoim świadomym marzeniem? Czy raczej czymś, co kiedyś „nie mieściło Ci się w głowie”?
M.C.: Tak, to zdecydowanie było moje marzenie — jednak na początku ta wizja wydawała mi się zupełnie nierealna. Nie mieściło mi się w głowie, że naprawdę mogę to osiągnąć. Wydawało się to zbyt odległe lub zbyt trudne. Dopiero z czasem, zaczęłam dostrzegać, że marzenia są po to, by je realizować — nawet jeśli na początku wydają się nieosiągalne.
Z jakimi wyzwaniami mierzyłaś się, decydując na pracę za granicą? Jak sobie z nimi poradziłaś? Co powiedziałabyś osobom, które myślą, że Twoje osiągnięcia przyszły łatwo?
M.C.: To prawda — wyjazd na kontrakt zagraniczny, mimo że uwielbiam podróżować, był dużym wyjściem ze strefy komfortu. Oczywiście, słyszałam komentarze typu: „Tobie jest łatwiej, bo jesteś odważna” albo „Tobie jest łatwiej, bo znasz angielski”. Osobiście nie uważam się za odważną osobę. Raczej działam według zasady: „Bój się i działaj”, żeby nie żałować w przyszłości, że czegoś nie spróbowałam. Jeśli chodzi o język angielski — nie było drogi na skróty. Nie urodziłam się w dwujęzycznej rodzinie, więc musiałam się go nauczyć jak wszyscy. Na studiach uczęszczałam na zajęcia „English for Engineering Mechanics” w ramach koła naukowego Forever Young u profesora Marka Skowronka na Politechnice Gdańskiej, gdzie czytaliśmy artykuły po angielsku na różne tematy inżynieryjne. Przed wyjazdem zapisałam się na indywidualne zajęcia z Business English. Nie traktowałam tego jako poświęcenie, ale jako inwestycję w siebie — i opłaciło się.
Dużym wyzwaniem logistycznym było spakowanie całego dotychczasowego życia w dwie walizki. Za każdym razem to spore przedsięwzięcie. Zwykle kończy się rozdawaniem rzeczy rodzinie i znajomym, sprzedażą mebli na aukcjach i oddawaniem ubrań na cele charytatywne. Nauczyło mnie to minimalizmu i nieprzywiązywania się do rzeczy materialnych. Każda podróż uczy.
Masz doświadczenie w pracy w branży budowlanej w Polsce, Wielkiej Brytanii i USA. Jakie różnice zauważasz pomiędzy pracą w budownictwie w każdym z tych krajów? Co Cię zaskoczyło w budownictwie za granicą, z czym w Polsce wcześniej się nie spotkałaś?
M.C.: Pierwsza rzecz, która przychodzi mi na myśl, to poziom BHP. Wyjeżdżając z Polski, miałam wrażenie, że na moim projekcie kładziono duży nacisk na bezpieczeństwo pracy oraz proaktywność, by zapobiegać ewentualnym incydentom. Praca w Londynie bardzo mnie zaskoczyła pod tym względem. Wszystko musiało być zaplanowane do najmniejszego szczegółu. Do każdego rodzaju prac musieliśmy mieć oddzielny dokument RAMS (Risk Assessment Method Statement) — odpowiednik naszej IBWR-ki — z dokładnym opisem robót, analizą ryzyka, numerami kontaktowymi oraz, na wypadek zdarzenia, adresem i mapą dojazdu do najbliższego szpitala.
Do tego dochodziły liczne załączniki, takie jak plan logistyczny z wyznaczonymi ścieżkami dla pieszych, miejscami dla pojazdów oraz sposobem ich manewrowania i zawracania, pozwolenia na wykop itp. Każde zadanie, które wymagało indywidualnego podejścia lub odbiegało od prac opisanych w RAMS, musiało mieć osobno zatwierdzony dokument — tzw. Task Statement. Systemy barier i oznakowań na budowie były bardzo imponujące. Nie ukrywam, że moja pierwsza myśl — wyniesiona z polskich budów — była: „Nie mamy na to czasu, tu trzeba pracować”. Na szczęście czas na BHP był zawsze i to był priorytet.
Drugą rzeczą, która różniła się od polskich kontraktów, był styl komunikacji i zarządzania. Zachodni model, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, zakłada dużą swobodę komunikacji. Z każdym jesteś na „Ty” — niezależnie od tego, czy rozmawiasz z kolegą z biurka obok, kierownikiem, dyrektorem czy inwestorem. Zanim przejdziesz do konkretów, czeka Cię tzw. „small talk” — krótka pogawędka o życiu, o tym, jak minął weekend i czy masz jakieś plany na wakacje. Sam sposób zarządzania jest, powiedziałabym, łagodniejszy. Zamiast roszczeń, twardych negocjacji i agresywnych zagrywek, wszyscy starają się, by każda ze stron była zadowolona. To podejście buduje zaufanie i sprzyja współpracy.
Niedawno świętowałaś 30. urodziny. Można powiedzieć, że nadal jesteś na początku swojej drogi zawodowej. Jednocześnie masz już za sobą udział w największych inwestycjach budowlanych. Masz jeszcze jakieś marzenia i cele zawodowe?
M.C.: Nie ukrywam, że budowa autostrady w Stanach Zjednoczonych zawsze była moim zawodowym marzeniem. Aktualnie skupiam się wyłącznie na tym projekcie i nie myślałam jeszcze, co dalej. Mam nadzieję, że w niedalekiej przyszłości pojawią się kolejne ciekawe wyzwania. Jeśli chodzi o marzenia i cele, mam kilka edukacyjnych. Obecnie uczę się języka hiszpańskiego i chciałabym opanować go w stopniu komunikatywnym, aby swobodnie porozumiewać się na budowie — zwłaszcza że wielu pracowników fizycznych i operatorów maszyn pochodzi z krajów latynoamerykańskich. Dodatkowo planuję zdobyć tutaj odpowiednik uprawnień budowlanych. W przyszłości chciałabym również rozpocząć studia MBA (Master of Business Administration), aby poszerzyć swoją wiedzę z zakresu zarządzania.
Magdaleno, i tego Ci życzę!
Byłoby niezwykłe, gdyby inna inżynierka po przeczytaniu tego wywiadu odważyła się na realizację swoich zawodowych marzeń. Dla jednych może to być praca w branży budowlanej za granicą. Dla innych będzie to praca u nas w Polsce na najbardziej prestiżowych projektach.
Jako coach zapytam – Co możesz zrobić już dziś, co przybliży Cię do spełnienia Twoich zawodowych aspiracji?
Myślę, że znasz odpowiedź.
Zachęcam Cię też do przeczytania innych inspirujących wywiadów na moim blogu.
E.

Ewa, jeszcze raz serdecznie dziękuję za zaproszenie do wywiadu i możliwość podzielenia się moim doświadczeniem. Mam nadzieję, że rozmowa zainspiruje choć jedną osobę. Bardzo chętnie poznam również historie innych kobiet w branży budowlanej oraz ich przemyślenia i doświadczenia związane z pracą w tej wyjątkowej dziedzinie.